Znajdujemy się w szczególnym miejscu rozwoju cywilizacji wizualnej. “NA WYSUNIĘTYM CYPLU STULECI”, jakby to ujął Marinetti 115 lat temu, bowiem prawdopodobnie zjawiła się chwila w której powinniśmy zrewidować nasze rozumienie obrazów świata który dzisiaj tworzymy, a może tylko w stworzeniu którego uczestniczymy.
Syntetycznie spójrzmy wstecz, jak wyglądał proces tworzenia obecnego widoku świata. Po dwustu latach fotografia, dzięki telefonowi komórkowemu z kamerą, stała się dostępną powszechnie codziennością. Nikt nie pamięta już, że trzeba było niegdyś udać się do fotografa, który z pomocą magicznych sztuczek i sprzętu wymagających specjalnego wtajemniczenia utrwalał nasz wygląd “na zawsze” niezmienny, obiektywny, więc prawdziwy.
Zanim jednak pojawiła się fotografia, wygląd świata zapisywali rysownicy i malarze realistyczni. Trzeba przyznać, że malarstwo przeszło bardzo poważną ewolucję. Od pamięciowego “zapisu” zbudowanego na podstawie własnych obserwacji, analiz, doświadczeń oraz nauki poprzez wypracowanie szczegółów i “chwytów technicznych”, które pozwalały na tworzenie przekonywujących widoków nawet bardzo krótkotrwałych wyglądów rzeczy, tak naprawdę malowanych przecież przez wiele godzin a nawet dni czy miesięcy, na przykład były to rozbryzgi burzowych fal oceanu na obrazach Ajwazowskiego czy Turnera.
To przedstawianie wyglądu świata można by nazwać “geniuszem czystej pamięci wizualnej człowieka” i niezwykłej biegłości ręki malarza. Fotografia zmieniła widzenie pamięciowe na “chwilowe” natychmiast zapisane bez potrzeby zapamiętywania czegokolwiek. Ona sama (fotografia) stała się pamięcią. Pokazywała też widoki, których nie można było zobaczyć “gołym okiem”. Stała się “protezą” budującą nowe widzenie rzeczywistości.
Ten błyskawiczny, doskonalszy wygląd świata poprzez fotorealizm i hiperrealizm powrócił do malarstwa. Nauczyliśmy się widzieć i zapamiętywać świat jak fotografia. Nawet powszechne stało się rozumienie zdjęć poruszonych (obraz zamazany), nieostrych (obraz rozmyty), zniekształconej przez obiektywy fotograficzne geometrii przestrzeni i przedmiotów. Zdjęcia sekwencyjne czy panoramiczne zaczęły rodzić pytania, jak wygląda rzeczywistość.
Fotografia poszerzając nasze naturalne (“gołym okiem”) widzenie czy też postrzeganie świata zaczęła przeczyć temu, co widzimy oraz rodziła obawy, że język nie potrafi nazwać tego, co ona nam ukazuje. Przez całe lata 70-te zajmowała się tą problematyką sztuka konceptualna, “medialna”, analityczna, intelektualna. Skupiała naukowców, artystów, poetów, ale była bardzo elitarna. Stawiając wysokie wymagania odbiorcy nie była powszechnie znana.
Warto przypomnieć, że jej najważniejszym arsenałem były proste doświadczenia ukazujące istotę pytania o nasze rozumienie i nazywanie rzeczywistości (na przykład słynna praca Kosutha w której powiesił obok siebie krzesło, fotografię tego krzesła i “słowo krzesło” - trzy przedstawienia tego samego, ale każde z nich jest zupełnie inną materią. Z polskich autorów można przypomnieć Natalię Lach Lachowicz i jej “sztukę konsumpcyjną”).
Obecnie jesteśmy uczestnikami kolejnej czwartej rewolucji (czy ewolucji). Otrzymaliśmy powszechność dostępu do błyskawicznego zapisu fotograficznego i filmowego z możliwością natychmiastowego obejrzenia. Sieć internetowa natomiast umożliwiła przekazanie tego obrazu do dowolnej liczby potencjalnych odbiorców na niespotykaną dotychczas skalę.
Jeżeli dołożymy do bodźców atakujących nas obrazem telewizję, również dostępną wszędzie, rodzi się podejrzenie, że człowiek (cywilizacja) zaczyna rozumieć czyli definiować świat nie poprzez kontakt z rzeczywistością tylko poprzez elektroniczny obraz i zespolone z nim treści.
To obraz sfotografowany albo otrzymany zaczyna być naszą rzeczywistością, ale przecież my, czyli każdy z nas nie jesteśmy obrazem tylko realnym ciałem. Warto o tym pamiętać. Nasze wyobrażenie o świecie buduje zapis komputerowy. Nasza świadomość rzeczywistości powstaje w Internecie. Pamiętajmy jednak, że to tylko zapis i przekaz elektroniczny. Sztuczny świat.
Fotografia przeszła drogę od dokumentacji rzeczywistości do jej tworzenia. Sprawa jest poważna, ponieważ fotografia może być potwierdzeniem naszego istnienia dla innych, ale nie może być tym dla nas samych.
Stoimy wobec konieczności rozpoznania różnic, jak konceptualiści lat 70-tych, między rzeczywistością a jej zapisem w komórce i Internecie. Każdy musi zacząć to robić na własny użytek. Będzie nam w tym przeszkadzała sztuczna inteligencja i własne lenistwo.
Proponujemy aktywność artystyczną “Photo e motion” w formie otwartego konkursu. Jej istotą jest realizacja za pomocą telefonu komórkowego sześcio-sekundowych zapisów. Przyjęliśmy tą zasadę aby ułatwić porównywanie zapisów realizowanych przez różnych autorów oraz ułatwić użycie komórki jako narzędzia.
Realizacje konkursowe są objęte zespołem jednoznacznych i precyzyjnych reguł (na przykład czas trwania każdej sześć sekund, zapis możliwy tylko przez aplikację, niemożność stosowania postprodukcji). Te reguły nie służą ograniczaniu, ale tworzeniu jednolitej, klarownej i wspólnej płaszczyzny startu i porównań realizacji różnych autorów (są zapisane w dokumentach towarzyszących konkursowi, na przykład manifest ideowy czy regulamin konkursu).
Sześć sekund to krótki czas by opowiedzieć skomplikowaną historię, ale długi, by pokazać istotne zauważenie. Sześć sekund to dłużej niż czas jednej rejestracji fotograficznej, ale krócej niż film.
Sześć sekund wystarczy by poczuć upływający czas, ale to jednocześnie bardzo mało w rytmie egzystencji każdego z nas.
Niemożność ingerencji w zapis chroni nas przed wpadnięciem w pułapkę urządzenia rejestrującego.
Sześć sekund - czy to dużo?
Sześć sekund - czy to mało?
Czy sześć sekund to w sam raz?
Sprawdź sam.
Marek Janiak, 2026